czwartek, 6 czerwca 2013

Rozdział 1

Na wstępie chciałam podziękować za komentarze, to dużo dla mnie znaczy, a teraz już nie przynudzam. Życzę miłego czytania ;) ~ Ola xx


Od urodzin Weroniki minęły dwa miesiące. W tym czasie nie działo się nic nadzwyczajnego. Chodziliśmy do szkoły, kłóciliśmy się z Harriet i spędzaliśmy razem czas. Opowiadając w liczbie mnogiej mam na myśli moją paczkę. Jutro z rodziną wyjeżdżam do Holmes Chapel, więc teraz muszę się pakować. Zgarnęłam z szafki na podłogę kilka bluzek i zaczęłam przeglądać, które się nadają do wzięcia. Postanowiłam spakować zarówno te na cieplejsze dni i te na zimniejsze, bo w Anglii często pada i prognozy na przyszły tydzień nie były zbyt pomyślne. Teraz pora na spodnie ughhh no to 4 pary krótkich, 2 pary trzy-czwarte i 5 par długich. Butyyy...4 pary trampek i 2 pary na obcasie. Jeszcze tylko biżuteria i kosmetyki, kosmetyczkę mam przygotowaną, a w zeszłym roku dostałam od chrzestnej pudełko na pierścionki, kolczyki i takie pierdoły. Wezmę je całe przynajmniej zaoszczędzę czas, który przeznaczyłabym na wybieranie. Poza tym i tak jak zwykle bym o czymś zapomniała i potem marudziła, przez pół wyjazdu. Dobra, chyba już wszystko, to teraz bagaż podręczny. Wzięłam pierwszą lepszą torebkę i wrzuciłam do niej bluzę i poszłam do kuchni zrobić sobie coś do jedzenia. Wyciągnęłam z szafki chleb i posmarowałam go masłem na to położyłam plaster sera i ukroiłam kawałek pomidora. Po skończonej kolacji naparzyłam mi i siostrze herbaty. Wzięłam dwa kubki i poszłam na górę, aby jej zanieść. Zapukałam. Nic nie odpowiedziała. Zapukałam jeszcze raz, tym razem mocniej. Cisza...zaczęłam obawiać się o Weronikę. Zawsze mnie wpuszczała, a kiedy nie miała humoru darła się na cały dom "Nie ma mnie tu!! Przyjdź jak wrócę!!". Okej zapukam jeszcze raz, jak nie odpowie to wchodzę bez pozwolenia. Oczywiście co mi odpowiedziało?! CISZA!! Mam nadzieję, że nic jej się nie stało. O Boże, a jak ona się pocięła albo powiesiła. Pełna strachu weszłam do jej pokoju i co zobaczyłam? Weronikę leżącą na podłodze. Podeszłam bliżej, pochyliłam się nad nią, miała zamknięte oczy. Popatrzyłam na klatkę piersiową. Podnosiła się i opadała miarowo, a więc spała. Odstawiłam herbatę na jej szafkę nocną i wzięłam z jej łóżka poduszkę i koc. Podniosłam głowę siostry, wsunęłam poduszkę i okryłam ją kocem. Pamiętam jak była pięcioletnią smarkulą i zasnęła tak na podłodze w trakcie zabawy lalkami Barbie. Wzięłam ją na ręce i położyłam na łóżku, okryłam kołdrą. Teraz jest już za ciężka, żebym ją przenosiła, ale okrycie kocem nie stanowi wielkiego problemu. Patrzyłam tak na śpiącą i sączyłam herbatę z mojego kubka. Wspomnienia zaczęły wracać. Przedszkole, podstawówka gimnazjum...zawsze była ze mną, tak samo jak Cassidy i zawsze pojawiała się Harriet, która nam dogryzała. Czemu ona nas tak nienawidzi? Owszem my też jej nie uwielbiamy, ale na początku przedszkola zdaję się, że nie miałyśmy niczego przeciwko sobie, nawet razem się bawiłyśmy, więc co się stało? O co nam poszło? Nie przypominam sobie konkretnego zdarzenia, które mogłoby nas poróżnić. Oczywiście teraz już niczego nie naprawimy, nawet nie mam zamiaru jej przepraszać, po tych wszystkich krzywdach, które mi wyrządziła. Lecz nie byłam na nią wściekła za to co mi robiła, a za to co robiła Weronice. Ja po prostu olewałam co Harriet lub któraś z jej dziewczynek o mnie wygadywały, ale Werka była wrażliwą dziewczyną. Była, bo już nie jest. Za bardzo brała sobie do serca złośliwe uwagi prześladowczyni. Zamknęła się w sobie, stała się oschła dla innych. Straciła zaufanie do ludzi. Oczywiście nadal jest wspaniałą siostrą i przyjaciółką, ale nie tą samą co dawniej. Czasem widzę kiedy przy kolacji z rodzicami ociera pojedynczą łzę spływającą po jej policzku. Widzę jak się osuwa, każdego dnia jest coraz bliżej otchłani, z której jeszcze nikt się nie wydostał, ale nic z tym nie mogę zrobić i to mnie najbardziej boli. Ile bym zrobiła, żeby przez pięć minut szczerze się pośmiała, zapomniała o troskach życia i pomyśleć, że to co się z nią teraz dzieje, to wszystko wina jednej osoby. Za to chciałabym skończyć z Harriet raz na zawsze. Kiedyś przyjdzie taki dzień. W którym ja, Weronika, Cassidy, Tony będziemy szczęśliwi. Spotkamy się na placu zabaw kiedy nasze dzieci będą się razem bawić i powspominamy dobre chwile z dzieciństwa. Ale przed nami jeszcze daleka droga pełna niespodzianek i wystawienia przyjaźni na próbę. Jak to się zakończy? Tego nie wiem, ale każdego dnia, każdej nocy proszę o szczęśliwy koniec. Przed nami jeszcze całe życie, tyle przygód, tyle nowych znajomości, tyle porażek i rozczarowań, tyle zwycięstw i sukcesów to wszystko jest zapisane w kartach. Tyle tylko, że nikt nie ma do nich dostępu i są pełne białych kartek. Czemu? Bo przyszłość jest niepewna. Jedno wydarzenie, jedno słowo i już twe życie zmienia się o 180 stopni. Życie dało nam kartkę i ołówek, ale nie dało gumki więc żyj tak, żeby nie żałować ŻADNEJ chwili. Podeszłam do okna, popatrzyłam na niebo, było już ciemno, świeciły gwiazdy. Ktoś powiedział mi kiedyś, że po tamtej stronie zasiadają nasi przodkowie i pomagają w trudnych chwilach, więc dlaczego cię nie ma?! Czemu nie pomagasz?! W tej chwili rozpętał się wiatr, a chmury zasłoniły sklepienie niebieskie. Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale wyszłam przed dom. Obeszłam budynek i znalazłam się na tyłach, gdzie mieliśmy ogromny ogród. Gdy znalazłam się na środku wśród traw ponownie zawiał wiatr i teraz na niebie ukazał się mój zmarły brat, a właściwie to jego duch z chmur nienaturalnych rozmiarów. Wiedziałam o nim tylko ja i starsze pokolenia rodziny. Nawet Weronika o nim nie wiedziała. Nie chcieliśmy, żeby się dowiedziała, za bardzo by to przeżyła.
- Czemu o mnie zapomniałaś?! - zapytał surowym tonem.
- Ale ja cały czas pamiętałam!
- Zapomniałaś kim jesteś, więc o mnie zapomniałaś. Tuż przed moją śmiercią obiecałaś, że zastąpisz mnie Weronice i będziesz ją traktowała lepiej niż królową. Tymczasem zobacz co się dzieje - teraz na niebie zobaczyłam wszystkie sceny na, których Harriet i jej przyjaciółeczki się z niej nabijają, potem jak moja siostra płacze i zmienia się w małą szarą myszkę, którą można pomiatać, aż w końcu nie wytrzymuje i zamyka się w sobie, staje się bezczelna i chamska dla innych. Tak nagle jak obrazy się pojawiły, tak szybko znikły i znów pojawił się duch. - Co mam powiedzieć? Może sama to skomentujesz?
- Przepraszam, ja się staram. Pomagam jej jak umiem, ale nie zawsze mogę być z nią. Rozumiesz?
- Nie obchodzi mnie to, nie dotrzymałaś danego słowa masz tydzień na poprawę. Potem pogadamy inaczej - to mówiąc znikł i niebo znów zajarzyło się milionami gwiazd. Przeszył mnie dreszcz. Poczułam, że marznę, więc poszłam do domu, przechodząc obok pokoju siostry zauważyłam, że zostawiłam drzwi otwarte, więc delikatnie pociągnęłam za klamkę i cicho przeszłam do swojego pokoju. W głowie tłukły się dziesiątki myśli. A co jeśli nie uda mi się pomóc Weronice? Co oznaczało to tajemnicze "pogadamy inaczej"? Czy powinnam iść spać czy dopakować siostrę? A może brat wróżył mi śmierć? Położyłam się na łóżku i oczy same mi się zamknęły. Zasnęłam płytkim niespokojnym snem. Otworzyłam oczy, weszłam do łazienki. Na półce leżała żyletka, czyżby tata jej używał? Wzięłam metal do ręki, przyłożyłam do nadgarstka, po ręce skapnęła kropla krwi. Przyciskałam coraz mocniej, teraz już całą rękę miałam we krwi. Zaczęłam tracić przytomność, czułam jak osuwam się na ziemię. Nagle zobaczyłam białe światło. Czy to śmierć? Z ubytku krwi dostałam drgawek. Znowu ciemność. Poczułam coś wilgotnego na powiekach i otworzyłam oczy. Ujrzałam stojącą nade mną Weronikę.
- Coś się stało? Strasznie się tej nocy darłaś i nie mogłam cię obudzić, nawet na szturchanie nie reagowałaś. Musiałam ci pokropić oczy wodą i dopiero to pomogło.
A więc to wszystko był sen? Spojrzałam na rękę. Ani jednej blizny. Rozejrzałam się teraz po pokoju i zobaczyłam walizkę i sporo ciuchów porozrzucanych po pokoju. To ostatnie mnie nie zdziwiło, ale walizka? Chcą mnie gdzieś wywieźć? A no tak! Przecież są wakacje i jutro wyjeżdżamy, a nie dzisiaj wyjeżdżamy. Zerwałam się z łóżka i nerwowo zaczęłam zbierać wszystkie porozwalane ubrania.
- Spokojnie! Jest jeszcze wcześnie - uświadomiła mi siostra.
- Ile mamy czasu?
- Śniadanie za godzinę, a potem jeszcze dwie, żeby się ogarnąć i jedziemy na lotnisko.
- Aaaa...no to spoko. A tak wogóle to jak się spało?
- Nie biorąc pod uwagę twoich krzyków to całkiem dobrze - uśmiechnęła się Werka.
- Przepraszam, ja nie chciałam cię obudzić, po prostu miałam koszmar.
- Oki. Nic się nie stało, i tak wstałam już wcześniej. To ja idę się odświeżyć i przebrać.
- To papa.
- Pa.
Weszłam do łazienki. Na półce leżała żyletka, tak jak w moim śnie. Wzięłam ją, wyszłam do ogrodu i zakopałam pod jabłonią. Potem wróciłam do domu umyłam zęby i ubrałam się w to:



 Zdążyłam się umalować, uczesać i zeszłam na śniadanie. W kuchni zastałam mamę. Powitała mnie słowami:
- Gotowa na przygodę życia?!
- Tak jest kapitanie! - odpowiedziałam.
- No! Moja córcia! Tylko mi przywieź jakiego przystojniaka z Anglii.
- Ale ty też jedziesz!
- No oczywiście, tak tylko mi się powiedziało. Jak już tu jesteś to mi pomóż i porozkładaj talerze i sztućce na stole.
- Się robi!
Tylko skończyłyśmy przygotowywać śniadanie, gdy przyszła Weronika, a zaraz za nią tata. Kiedy każdy się już najadł Weronika poszła się dopakować tata przynieść bagaże jego i mamy do samochodu, a ja z mamą posprzątałyśmy. Poszłam do pokoju w celu ostatnich poprawek i zniosłam na dół najpierw swoją, a potem Weroniki walizkę. Tata wziął bagaże, a ja poszłam jeszcze na chwilę na górę, do swojego pokoju. Spojrzałam na obrazek wiszący na prawo od łóżka. Delikatnie zdjęłam go ze ściany i moim oczom ukazał się już wyblakły rysunek na ścianie. To było wspólne dzieło moje i brata - Charlie'go. Przedstawiał on trzymające się za rękę dwoje dzieci - chłopca i dziewczynkę - trzymających się za ręce. Mimowolnie łza popłynęła po moim policzku. Tęskniłam za nim. Chciałam, żeby był teraz obok mnie jak na ścianie. Mieliśmy być na zawsze. Brat i siostra. Nierozłączni. Tymczasem wystarczyły dwie sekundy, aby nas rozdzielić na lata. Pamiętam ten dzień.
Wracaliśmy z placu zabaw. Po drodze trzeba było przejść przez bardzo ruchliwą ulicę. Wtedy nie było tam jeszcze kładki. Zapaliło się zielone. Bez oglądania się weszłam na pasy. W tym samym momencie na czerwonym jechał rozpędzony samochód. Zginęłabym pod kołami gdyby nie Charlie, który jednym krokiem mnie dogonił i popchnął na chodnik sam nie zdążając uciec przed rozpędzonym autem. Miał wtedy 7 lat, ja 4. Złapałam za rękę przechodzącą kobietę i błagałam o pomoc. Zdjęła ona - już zwłoki - Charlie'ego z ulicy i wezwała karetkę. Złapałam brata za rękę. Zaczęłam potrząsać jego ciałem wołając, aby się obudził. Wkrótce przyjechała karetka, wzięli go do szpitala. Tamta kobieta także wsiadła do ambulansu ciągnąc mnie za sobą. Już w trakcie przewozu lekarze przystąpili do reanimacji. Zaraz po przyjeździe do szpitala przetransportowali go do jakiejś sali. Kobieta została ze mną na korytarzu, powiedziała, że ma na imię Ewelina i zapytała się gdzie mieszkam. Nie zdążyłam odpowiedzieć kiedy z sali wyszedł lekarz i powiedział Ewelinie, że zgon nastąpił o godzinie 18:15 oraz zapytał jej się czy jest z rodziny. Opowiedziała mu co zaszło, a on dał jej odpowiednie dokumenty i powiedział, żeby powiedzieć rodzicom, że zwłoki mogą odebrać nawet dziś, a potem sobie poszedł. Ze zdziwieniem patrzyłam na panią Ewelinę. Wytłumaczyła mi, że mój brat jest już w niebie, a to co zostało na ziemi to tylko jego skorupa, potrzebna do uroczystego pożegnania go. Potem zapytała się co ma ze mną zrobić, a ja podałam jej karteczkę, którą miałam zawsze przy sobie w razie gdybym się zgubiła. Były wypisane na niej moje dane, adres zamieszkania i telefon do mamy. Kobieta zamówiła taksówkę i odwiozła mnie do domu. Kiedy dotarłyśmy na miejsce zapukała do drzwi, otworzyła mama. Kiedy dowiedziała się co się stało cała w łzach wzięła od Eweliny dokumenty, przytuliła mnie do siebie i podziękowała za pomoc. Tego samego dnia rodzice pojechali do szpitala, aby odebrać Charlie'ego, a następnego odbył się skromny pogrzeb. Tata pozbierał się po tygodniu, mama po miesiącu. Ja wtedy nie wiedziałam za bardzo co się tak naprawdę wydarzyło. Potem doszło do mnie, że nie ujrzę już mego brata. I tak by się stało gdyby nie wydarzenie z wczorajszego wieczoru. Popatrzyłam na narysowanego na ścianie chłopca. Jego usta zdawały się poruszać. Przysłuchałam się i do moich uszu doszło ciche "pamiętaj". Zakryłam malowidło z powrotem, bo z dołu dobiegło mnie głośne wołanie taty. Wzięłam torebkę i wybiegłam przed dom. Wszyscy już siedzieli w samochodzie, gotowi do odjazdu. Otworzyłam drzwiczki i usiadłam obok siostry. Ruszyliśmy Mercedesem ze wspaniałym przyspieszeniem (tak, musiałam xd ~ Ola xx). Po pół godzinie byliśmy na lotnisku, przy hali odlotów, na lotnisku. Bardzo się zdziwiłam bo tyłem do nas dwójka ludzi bardzo przypominająca wyglądem Tony'ego i Cassidy. Po chwili się odwrócili i moje podejrzenia się sprawdziły, ale co oni tu robili?
- NIESPODZIANKA!!! - zawołali przyjaciele i rodzice.
Patrzyłam się to na mamę, to na tatę pytającym wzrokiem. Mama zaczęła wszystko tłumaczyć:
- Jesteś już dorosła, Werka prawie, Postanowiliśmy, że jesteście na tyle odpowiedzialne, aby pojechać bez nas na wakacje! Zamiast nas pojadą z wami Cass i Tony i jak podoba się?
Uściskałam ją mocno, potem tatę. Jedno mnie jeszcze zdziwiło:
- Czemu Cass i Tony nie mają walizek? Czemu wy macie bagaż skoro i tak nie lecicie.
- Otóż te bagaże nie są nasze tylko twoich przyjaciół. Udawaliśmy, że są nasze, żeby nie wzbudzać twoich podejrzeń - tym razem wyjaśnił tata.
- Myślałam, że już się wygadałam przed śniadaniem, ale na szczęście nie wpadłaś na nasz pomysł i wszystko poszło według planu.
Teraz płakałam, ale ze śmiechu jeszcze raz uściskałam rodziców, tak samo Werka. Wszyscy wzięli swoje walizki, pomachałam rodzicom i poszliśmy drukować bilety i oddawać bagaże, do do odlotu zostało tylko półtorej godziny, a trzeba było jeszcze przejść kontrolę. Załatwiliśmy wszystkie sprawy i po godzinie znaleźliśmy się w strefie, z której nie można już wychodzić. Kupiłam wszystkim wody i poszliśmy do toalety. Wyrobiliśmy się akurat, bo już zaczynali wpuszczać do samolotu. Mieliśmy wylądować na lotnisku w Londynie, a stamtąd zabrać nas miała taksówka i podwieźć pod sam dom, który rodzice wynajęli, jak się od  Cass dowiedziałam, na miesiąc. Szliśmy teraz przez "rękaw" do samolotu. Odnaleźliśmy swoje miejsca, na szczęście wszyscy siedzieliśmy w jednym rzędzie. Usiedliśmy, zapieliśmy pasy i czekaliśmy na start.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Koniec Rozdziału 1 :D Mam nadzieję, że się podobało. Pisałam sześć godzin, naprawdę xd robiłam sobie tylko małe przerwy, żeby się napić albo coś zjeść. Dziękuję wszystkim za komentarze, to dla mnie bardzo ważne. Nawet nie wiecie jakiego daje "kopa" do pisania, a teraz dziękuję za uwagę, czekam na kolejne komentarze ;) Życzę miłego dnia. ~ Ola xx

3 komentarze: